Edgar Martins – Diminishing Present

Posted on Wrzesień 1, 2006


Ponoć wszyscy adepci buddyzmu, zanim wejdą na upragnioną drogę oświecenia, muszą zmierzyć się z pewnym prostym, jednak kłopotliwym pytaniem. Mistrz pokazuje im, dajmy na to, wyschnięte drzewo, złamane niegdyś uderzeniem pioruna i pyta: „Jaki dźwięk wydało to drzewo, gdy uderzył w nie piorun?” Uczniowie łamią sobie głosy i głowy, próbują oddać jak najwierniej dźwięk pękającego drzewa. Próbują niezwykle długo. Jednak i tak zniecierpliwiony mistrz zawsze stwierdza: „Skąd wiesz, że drzewo wydało jakiś dźwięk, skoro cię tam wtedy nie było?”

Możliwości reakcji ucznia są dwie: albo pokornie zwiesza głowę i przyjmuje do wiadomości, że jeszcze długo będzie musiał wędrować ścieżką oświecenia, albo bierze aparat i wyrusza trochę inną ścieżką, żeby bezczelnie dowieść mistrzowi, kto tu ma rację. Edgar Martins wybrał te drugą opcję – pokazuje jak wyglądają rzeczy, kiedy nikt ich nie widzi.

Martins pochodzi z Portugalii. W dzieciństwie razem z rodzicami przeniósł się do Makao, portugalskiej kolonii na terenie Chin – w Polsce znanej amatorom karcianych rozrywek, a na świecie jako miejsce wyścigów psów i koni. Tam zrobił licencjat z filozofii i wydał swoją pierwszą książkę. W momencie gdy Makao przestało być kolonią portugalską i przeszło pod kuratelę Chińskiej Republiki Ludowej, Martins wyjechał prosto do Anglii. W Londynie zdecydował się poświęcić fotografii, zdobywając gruntowne wykształcenie w College of Printings&Distribuitive Trades i w Royal College of Arts. Dokonał chyba świetnego wyboru, bo chociaż nie ma jeszcze 30 lat (rocznik 77’), jego kariera rozwija się imponująco. Wystawia na całym świecie, albumy z jego fotografiami zdobywają prestiżowe nagrody (min. Jerwood Photographic Award oraz Thames & Hudson Prize, obie w 2003 roku za album „Black Holes and Other Inconsistencies”) i zniewalają krytyków, którzy jednym chórem uznali Martinsa za najinteligentniejszego, najciekawszego i najbardziej obiecującego fotografa młodego pokolenia.

W osiągnięciu sukcesu pomaga Martinsowi Moth House, wydawnictwo, które wzięło go pod swoje skrzydła w 2002 roku. Moth House ma ambicje dokonania rewolucji w standardach edytorskich. Zarówno pod względem wyglądu jak i treści książek. Publikuje prace z zakresu fotografii oraz innych dziedzin sztuki, tworzonych przez uznanych lub dopiero pojawiających się na rynku artystów z UK i całego świata. Szczególnie interesuje się sztuką, która wychyla się poza tradycyjne formuły, poszukującej nowatorskiego sposobów wykorzystania mediów i rozwijania ich języka. Chociaż zamiary Moth House wydają się równie ambitne, co bombastyczne, to na złość cynikom i niedowiarkom już pierwszy wydany przez nich album – „The Black Holes and Other Inconsistencies” Martinsa – zdobył uznanie i wspomniane wyżej nagrody.

Właśnie nakładem Moth House ukazał się w marcu nowy album Edgara Martinsa „The Diminishing Present”. Wydano go w nakładzie pięciuset numerowanych egzemplarzy. Składa się z serii fotografii wykonanych w ciągu ostatnich dwóch lat – „Accidental Theorist”, „Rehearsal of Space” i tytułowej „Diminishing Present”. Zdjęcia z tej ostatniej serii są surowymi, ale pełnymi wyrazu przedstawieniami miejskich peryferii. Terenów, gdzie miasto spowalnia i przekształca się w pół wiejskie, pół industrialne krajobrazy – boiska do gry bez ludzkich postaci i opuszczone ulice. Martins pokazuje obszary, w których rozrastające się miasto powoli wyczerpuje swoją żywotną siłę. Obserwuje jak jego bezwład uchodzi w przestrzeń i przekształca się w nowy rodzaj energii. Pokazuje przestrzeń jakby widzianą przez kamery strażnicze. Nieoglądane ludzkim okiem miejsca, gdzie miasto żyje samo, rozbłyskując sztucznym światłem.

Wielu fotografów podejmuje podobną tematykę. Choćby Rut Blees Luxembourg, Niemka, która fotografuje nocą obrzeża centrów miast. Długa ekspozycja pozwala jej wykorzystywać do robienia zdjęć jedynie światło emitowane przez ulicę – przez bloki mieszkalne, neony i latarnie. Dzięki temu, nieprzyjazne obszary molochów miejskich na zdjęciach Luxembourg zalane są złotawo-zielonkawym światłem, emanując dobrą i życzliwą energią.

Na polskim podwórku w podobną stylistykę wpisują się fotografie Szymona Rogińskiego. Przedstawia na nich nocne krajobrazy, z których wyłaniają się przedmioty zarysowane intensywnym, sztucznym światłem. Ulice są puste, istnienie ludzi sugeruje jedynie poświata włączonych telewizorów. Dobrze znane pomniki, budynki użyteczności publicznej i fabryki układają się w fantastyczną przestrzeń. W nowo odkryte światy.

Jednak Martins idzie znacznie dalej. Nie zatrzymuje się na etapie oswajania nieprzyjaznych miejsc. Nie interesuje go jedynie nadawanie uroku brzydkim, nieciekawym lub zapomnianym obiektom. Jego fotografie stawiają pytania o kierunek, w jakim zmierzają przekształcenia przestrzeni i sposób jej postrzegania.

Martins fotografuje miejsca należące jednocześnie do wszystkich i do nikogo. Pokazuje globalną wioskę, zawieszoną pośród rozciągającego się w nieskończoność terytorium, i naturę zmodyfikowaną przez rządy i korporacje. Stwierdza, że przestrzeń, a szczególnie przestrzeń miasta, prowadzi do izolacji jej mieszkańców. Początkowo wydaje się to paradoksem. Przynajmniej dla nas, Europejczyków, wychowanych w miastach, które często powstawały jeszcze według średniowiecznych planów urbanizacyjnych. W takim mieście istniało zawsze dobrze wyznaczone centrum – najczęściej rynek – plac, gdzie spotykało się znajomych, robiło zakupy, rozmawiało o wszystkim i o niczym. Przywykliśmy, aby orientować się w odniesieniu do tego centralnego punktu. Dlatego gdy przebywamy w USA, często towarzyszy nam poczucie zakłopotania. Zamiast dobrze znanej struktury, która zawsze prowadzi do środka, napotykamy siatkę równorzędnych, rozlanych po wielkich obszarach osiedli oraz punktów handlu i rozrywki. Centrami są tylko z nazwy, a rynek zastąpiony został przez parkingi – miejsca, w których przebywa się przez moment, widząc je zza szyb samochodu.

Tak zdecentralizowane miasta łatwo prowadzą do izolacji ich mieszkańców. Miasta europejskie powoli przejmują amerykańskie wzorce urbanistyczne z towarzyszącymi im konsekwencjami społecznymi – czego przykład dała tej zimy Francja i zamieszki sfrustrowanych mieszkańców przedmieść. Dlatego Martins może mówić o mieście, jako przestrzeni prowadzącej do izolacji. Miasto stało się puste. Nie ma już społeczności, która zapełniłaby jego teren. Są tylko ślady na ścieżkach samotnych wędrowców. Martins szuka owych nomadów w ciągłym ruchu, ale pojawia się zawsze jakby chwilę za późno i zastaje atmosferę czyjejś nieuchwytnej obecności. Stąd pewnie melancholia tych zdjęć.

Tekst opublikowany w „Pozytywie” nr 08/09 (81) 2006

Advertisements
Posted in: Eseje