Queering Islam. Pewnego razu w Kandaharze

Posted on Październik 1, 2008

0


W 1992 roku, w szkole koranicznej na południu Afganistanu, wokół nauczającego tam mułły Mohammeda Omara skupiła się grupa 30 pobożnych studentów. Z prawdziwie religijną prostotą nazwali się ‘Talibami’, co z pasztuńskiego można przełożyć jako „Studenci”.

Grupa gwałtownie się rozrosła i zamarzyła o władzy w ogarniętym wojną Afganistanie. Talibowie chcieli przyłączyć się do konfliktu, pokonać zwaśnione obozy i wprowadzić nowy ustrój, oparty na prawie koranicznym. Tak też się stało – dzięki ich fanatyzmowi i zdolnościom organizacyjnym mułły Omara.

„Studenci” zaprowadzili w kraju porządki oparte na najbardziej rygorystycznych interpretacjach Koranu. Kobietom zakazano wstępu do szkół, pracy zarobkowej i zmuszono do noszenia ubioru zakrywającego całe ciało, łącznie z twarzą, gdy znajdowały się poza domem. Pobożność „Studentów” była tak wielka, że mężczyznom mierzyli brody, żeby sprawdzić, czy nie odbiegają od długości brody Proroka. Zabroniono również korzystania z prognozy pogody, bo uznano ją za rodzaj szarlatanerii (w sumie, może jest tu coś na rzeczy?). Zakazano także oglądania telewizji, słuchania muzyki, korzystania z Internetu oraz, co interesuje nas w tym wypadku najbardziej, za przestępstwo uznano wykonywanie zdjęć lub innych wizerunków jakichkolwiek istot żywych.

Po terrorystycznym ataku na USA w 2001 roku, Osama bin Laden przyznał się do zorganizowania tej akcji i złożył gratulacje pozostałym zaangażowanym w nią osobom. Przebywał w opanowanym przez Talibów Afganistanie. Prezydent USA zwrócił się do rządu Afganistanu o wydanie bin Ladena. Afganistan odmówił. Niedługo potem spin doktorzy Busha wymyślili hasło „oś zła” i za jej rdzeń uznali Afganistan. W październiku 2001 prezydent USA za zgodą ONZ, wysłał amerykańskich żołnierzy na wojnę z Talibami.

Za armią na wojnę pojechały zastępy dziennikarzy. Wśród nich znajdował się Thomas Dworzak, fotoreporter agencji Magnum, który przygotowywał reportaż na zlecenia redakcji „New Yorkera”. Wojna toczyła się błyskawicznie. Amerykanie z impetem wkraczali na nowe tereny, a Talibowie wycofywali się bezładnie. Opuszczając w popłochu kolejne miasta, pozostawili wiele absurdalnych śladów zaprowadzonego reżimu. Jeden z nich został znaleziony przez Thomasa Dworzaka – w opuszczonych zakładach fotograficznych o wdzięcznych nazwach „Sahar Zadah” („Syn Króla/Szacha”), „Roshan” („Światło”) i „Nazir Photographer” („Nazir Fotograf”) niemiecki reporter natknął się na serie wprost ślicznych zdjęć. Jak się domyśla, zostały wykonane na początku listopada 2001 roku. Talibowie najprawdopodobniej zapomnieli zabrać je z sobą, kiedy musieli uciekać przed ofensywą sił opozycji i bombardowaniami lotnictwa USA. Gdy ukrywali się w dalekich górach, ich podobizny, wyretuszowane z pietyzmem, nadal spokojnie wisiały na zapleczu zakładów, pośród portretów Bruce’a Lee, Leonardo di Caprio i Ahmeda Szah Masuda. Dworzak wyselekcjonował najciekawsze ze znalezionych fotografii i wydał je w postaci albumu „Taliban”.

„Studenci” wprowadzili zakaz tworzenia podobizn wszelkich żywych istot. Dopuścili jednak wykonanie zdjęć do paszportów i innych dokumentów. A kiedy furtka się otworzyła – łamiąc narzucone przez siebie restrykcyjne prawo – sami dali się ponieść pasztuńskiej fantazji. Nie tylko zrobili sobie zdjęcia, ale poprosili fotografa o kilka usług ekstra. Cóż, Talib też człowiek i potrafi sobie schlebiać.

Lans i szpan po pasztuńsku wygląda nieco inaczej niż nasz rodzimy. Modna młodzież z Kandaharu ma zwyczaj zakładania sandałów na konturowych obcasach, lakieruje paznokcie i maluje oczy sirmą – rodzajem cienia do powiek – co nadaje jej zalotnego wyglądu gwiazd kina niemego. Oczywiście tylko młodzież męska, kobiety chcąc nie chcąc są wzorami skromności. I tak właśnie wystrojeni Talibowie prezentują się na znalezionych przez Dworzaka fotografiach. Jako tło zdjęć wybrali soczyście zielone krajobrazy szwajcarskich Alp, nie zaś brązowo-szare pustynie Afganistanu. Niektórzy pozują samotnie, inni z kompanami – co bardziej bezceremonialni spletli swe dłonie z dłońmi kolegów – ale wszyscy zgodnie dzierżą broń, przykładając ją kolegom do głowy albo tylko niewinnie trzymając pod pachą. Uroku tym scenkom dodają otaczające mężczyzn kwiaty i unosząca się mgiełka.

Nie był to jedyny absurdalny ślad, który zostawili po sobie Talibowie. W Toyocie Land Cruiserze porzuconej w Kandaharze prze mułłę Muhameda Omara, człowieka, który zabronił słuchania muzyki pod karą więzienia lub śmierci, znaleziono sporą kolekcję płyt z muzyką pop.

W kontekście przedstawionych powyżej historii rządy Talibów okazują się szopką. To jednak nas nie dziwi. Wiele podobnych anegdot błąka się po zbiorowej pamięci. Żona Edwarda Gierka podobno zwykła robić sobie fryzury w zepsutym, mieszczańskim Paryżu, aby lud robotniczy miał piękną Panią Pierwszą Sekretarzową. Ta sama słabość dotykała ponoć Elene Ceausescu, żonę rumuńskiego dyktatora, gdy w rządzonym przez męża kraju panowała nieprzeciętna bieda. Mówi się również o pogardzie, którą Che Guevara żywił do niewykształconych, kubańskich chłopów. Analogiczne rozbieżności między propagowanymi ideologiami a życiową praktyką można wymieniać w nieskończoność. Rządy dyktatur (a może polityka w ogóle, jak chce tego Baudrillard?) są spektaklem dla mas i nic dziwnego, że rządzący perfidnie oddzielają od prywatnych upodobań swój publiczny wizerunek i poglądy wygłaszane na wiecach.

Dlatego chciałbym skupić się na nieco innym, choć zbliżonym wątku. Według mnie, ciekawszym i zabawniejszym. Otóż zastanawiające jest, jak konserwatywna i niewątpliwie maczystowska tradycja, którą Talibowie chcieli przywrócić w Afganistanie, potrafiła wygenerować owe homoerotyczne portrety przypadkiem znalezione przez Thomasa Dworzaka? Mahomet surowo potępiał „sodomię”. Talibowie – mieniący się jego najwierniejszymi naśladowcami – powinni z pieczołowitością tępić najmniejsze ślady homoseksualizmu. Zresztą, nawet gdyby nie ważyła tu kwestia przekonań religijnych, czy mężczyzna może pozwolić sobie na choćby ślad zniewieścienia w kraju, gdzie kobietę sprowadzono do roli przedmiotu, z którego co jakiś czas wydobywa się (najlepiej męskiego) potomka? Wydaje się, że nie. Skąd więc te zaplecione ręce na jednym z portretów?

Wątpiącym w homoerotyczny wydźwięk tych zdjęć sugeruję przypomnieć sobie zdjęcia markowane imionami Pierre i Gilles. Kryją się pod nimi, jak wiadomo, Pierre Commoy i Gilles Blanchard – partnerzy nie tylko w sztuce, ale też w życiu i w łóżku. Zasłynęli portretami gwiazd takich jak Madonna, Kylie Minogue, Naomi Campbell. Jednak zanim przyszło im robić zdjęcia gwiazd, wypracowali styl, którego elementy wypisz wymaluj odpowiadają fotografiom znalezionym przez Dworzaka: centralna kompozycja kadru, delikatna mgiełka, kiczowaty sztafaż i oczywiście piękni chłopcy w roli głównej. Co więcej, do typowej stylizacji postaci należy przerysowany makijaż i wszystko, co się błyszczy – niczym złoty lakier na paznokciach Talibów.

Antropolodzy powiedzą, że w kulturach patriarchalnych poczucie wspólnoty między mężczyznami jest silniejsze. Dotyczy to zresztą obu płci. Osobny taniec kobiet i mężczyzn na weselu w Indiach jest czymś oczywistym. Zabawę w „mieszanych” parach uznaje się za rozpustę. Dodadzą również kilka uwag na temat różnic w formach kulturowego zapośredniczenia – pewne kultury uznają za normę noszenie kolczyków i pierścionków przez mężczyzn. Tylko w świecie Zachodnim stanowi to ekstrawagancję. Podobnie z malowaniem oczu i lakierowaniem paznokci – kultura Pasztunów w pewny okolicznościach uznaje te zachowania za normę i dopatrywanie się tu homoseksualnych podtekstów jest nieporozumieniem. Niby wszystko się zgadza. Ale powtórzę pytanie: skąd zaplecione dłonie mężczyzn na jednym z portretów? Przypomnę też, że Islam uznaje homoseksualizm za grzech. Nawet w wydaniu Talibów.

Gdy podczas „nocy długich noży” członkowie SS mordowali swoich pobratymców z SA, szefa tej organizacji, Ernsta Röhma zaskoczyli w czasie orgii z kilkoma młodymi mężczyznami. Wielu innych przywódców SA również praktykowało homoseksualizm. Hitler, Göring i Geobbels tolerowali ich jawnie demonstrowane skłonności, a czystka w SA wydarzyła się ze względów czysto politycznych. Jak w głęboko patriarchalnym i skądinąd maczystowskim nazizmie tolerowano te praktyki? Co wreszcie skłoniło Talibów, aby pozwolić sobie – wbrew etosowi mężczyzny w kulturze patriarchalnej – okazywać sobie bardzo niedwuznaczne gesty czułości? Nawet z portretów, gdzie nie ma tak ewidentnych znaków przywiązania, emanuje jakaś homoerotyczna aura, wrażenie czegoś więcej niż tylko „męskiej solidarności”. Nie wzbudzałoby to być może zdziwienia, gdyby rzecz działa się na głębokiej pustyni, w czasie długiej izolacji od kobiet. Ale zdjęcia powstawały w centrum Kandaharu.

Wszyscy pamiętamy parę skinów udających kopulację w gabinecie posła LPR, których sfilmował usłużny kolega. Zresztą w polskich warunkach omawianą kwestię można ująć nieco szerszej. W świetnym tekście, zatytułowanym „Sztuka a seksualna przebudowa polskiej przestrzeni publicznej”, Paweł Leszkowicz odnajduje ślady homoerotyzmu w oficjalnej kulturze wizualnej III RP. Męskie akty i przedstawienia androgynicznych lub męskich twarzy – jakby ich charakter pozostał zupełnie nieuchwytny – zyskały mecenat prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, a także stały się trwałymi elementami pejzażu Poznania i Krakowa. Jak zauważa Leszkowicz, wydarzyło się to w kraju, gdzie antyhomofobiczna kampania „Niech nas zobaczą” nie spowodowała praktycznie żadnego odzewu wśród opinii publicznej, poza oburzeniem w kręgach ultrakonserwatystów. Autor pyta więc, dlaczego możliwe są ewokacje homoseksualizmu w paraklasycystycznej formie rzeźb Mitoraja, natomiast homoseksualizm podany wprost wzbudza najczęściej oburzenie? Innymi słowy, dlaczego – podobnie jak w przypadku Talibów i S – ka – toleruje się pewne zachowania, pomimo że oficjalnie kultura mówi im: „nie!”?

Jest nieuniknioną ironią losu, że zachowania wszelkich propagandystów, ideologów i innych zwolenników „jedynie słusznych poglądów” wykoślawiają się jakoś tak, że stają się przeciwieństwem głoszonych przez nich przekonań. Ideologie, które dają odpowiedź na każdą kwestię i wydają restrykcyjne zakazy i nakazy, w świetle podobnych historii same się kompromitują.

Lecz z pewnością zachowania, które miały miejsce wśród Talibów, nie są jedynie „wypadkiem przy pracy”. Jest we wspólnotach mężczyzn coś, co wymyka się przyjętemu etosowi macho i nawet najbardziej „heteryckie” wspólnoty potrafi uczynić przestrzenią homoerotyzmu.[*] Jakiś trudno uchwytny naddatek, który ujawnia mniej znaną stronę ludzkiej natury. Ktoś będzie tu widział skłonności starannie skrywane przed światem, ktoś inny tłumione potrzeby, a ktoś jeszcze powie, że wszystkie te zachowania są po prostu wynikiem „atmosfery chwili”. Talibowie zrobili sobie grzeszne i paragejowskie zdjęcia. Równie pobożni i maczoidalni skini znajdowali przyjemność w parodiowaniu homoseksualnego zbliżenia. Słabość mułły Omara do muzyki pop łamie jedynie zakaz religijny, jest grzechem, ale popełnianym na własną rękę, może nawet w ukryciu. Nie wpływa na ustanowione zwyczajem relacje z innymi ludźmi. Natomiast jest dość zabawne, że w grupie mężczyzn prężących muskuły przed całym światem nagle rodzi się ciche porozumienie i zupełnie niewyartykułowana zgoda (bo przecież „niemęską” rzeczą jest mówić zbyt dużo) na pewne zachowania, które aż proszą się o etykietkę „gejowskich”.

Thomas Dworzak (72’) – urodził się w Kötzting w Niemczech. Po ukończeniu liceum rozpoczął fotograficzne wyprawy po Europie Wschodniej i Bliskim Wschodzie. Następnie mieszkał w Avilli, Pradze i Moskwie, gdzie uczył się hiszpańskiego, czeskiego i rosyjskiego. Pracował jako fotoreporter w czasie wojny w byłej Jugosławii. W 1993 zaangażował się w długoterminowy projekt dotyczący Kaukazu i jego narodów. Dokumentował konflikty w Czeczeni, Górnym Karabachu i Abchazji. Projekt ten kontynuuje do dziś.

Po 11 września 2001 spędził wiele miesięcy w Afganistanie pracując dla „New Yorkera”. Następnie powrócił do Czeczeni. Od jesieni 2002 zajmował się konfliktami w Iraku, Iranie i na Haiti, a także wyborami prezydenckimi w USA.

Fotografie z albumu „Taliban” będzie można oglądać podczas majowego festiwalu Miesiąc Fotografii w Krakowie.

Tekst ukazał się w „Splocie” nr 4


[*] Jak wiadomo, w więzieniach męska nagość i seks mają za zadanie wyznaczyć hierarchię. Zgwałcenie współwięźnia jest przyjętym sposobem upokorzenia i demonstracji władzy. Jednak ci sami mężczyźni, którzy pod prysznicem gwałcą słabszych, w większości przypadków nie posunęliby się do podobnego czynu na wolności. Gwałt na współwięźniu nie jest zachowaniem stricte homoseksualnym i w większości nie dokonują go homoseksualiści. Trudno o bardziej „maczerskie” środowisko niż więzienie. Skąd więc pomysł, aby seks ze współwięźniem odgrywał jakąkolwiek rolę? Czy decyduje tu jedynie tłumiony popęd seksualny?

Reklamy
Posted in: Eseje