Retail, czyli skupienie nad detalami

Posted on Październik 1, 2008


Niecałe dwa lata temu holenderski instytut Eternally Yours ogłosił rezultaty badań nad europejskim modelem konsumpcji. Ustalono m. in., że 60 procent wyrzucanych przez nas przedmiotów trafia na śmietnik nie dlatego, że się zepsuły, ale dlatego, że przestały się podobać. Robienie zakupów od dawna nie jest dyktowane praktycznymi potrzebami, ale stylem życia. Biedny Marks przewraca się w grobie – rewolucyjne mogą być jedynie ceny. W sztuce Briana Urlicha widać to nalepiej.

Nie wiem, czy artysta inspirował się znaną piosenką The Clash „Lost in the Supermarket”, kiedy pracował nad serią Retail (ang. ‘handel detaliczny’), ale mógłby. Natomiast na pewno zasugerował się odezwą do narodu, wygłoszoną po 11 września przez George’a Busha, która, co by nie powiedzieć, punkowa w duchu nie była. Prezydent USA namawiał swoich rodaków, żeby pokazali, że przed żadnym agresorem się nie ugną i zachowali swój dotychczasowy styl życia – czyli ruszyli na zakupy. Kiedy miliony Amerykanów ochoczo spełniało w supermarketach swój patriotyczny obowiązek, Urlich z aparatem ukrytym na wysokości pasa paradował pomiędzy nimi.

Jego równie sarkastyczny, co liryczny projekt przedstawia uderzające zaangażowanie, z jakim mieszkańcy Zachodu robią zakupy. Te wielkoformatowe fotografie pokazują chwile prywatności w przestrzeni publicznej. Skupienie i wahanie widoczne na twarzach urasta z czasem do rozmiarów męki. Nic dziwnego, gdyż sprawa jest poważna. Przecież te skupione i zaabsorbowane postacie wyrażają samą esencję amerykańskiej wolności: decydują jakiego koloru regał stanie w przedpokoju i jakiej marki mleko wypiją na śniadanie?

I tę właśnie wolność niosą narodom świata. Wszyscy wyrazimy naszą swobodę kupując pod każdą szerokością geograficzną te same produkty, zrobione przez tych samych producentów. Zdjęcia powstawały w punktach tych samych sieci w różnych miastach. W pewnym wywiadzie Urlich stwierdził, że największą frajdę sprawiało mu, gdy oglądający fotografie mówili: „Wiem! To IKEA w Kansas!”, a on mógł odpowiedzieć: „Nie, mój drogi, to w Ohio”.

Zakupy to jeden z ulubionych tematów sztuki współczesnej. Zdążyliśmy się już znudzić „pejzażami konsumeryzmu”. Wszyscy wiemy, że konsumpcja jest nie taka znowu fajna, a chodzenie do McDonaldsa i IKEA w pewnych kręgach – i wcale nie chodzi o zarabiających lepiej niż średnia krajowa – kończy się blamażem. Jednak projekt Urlicha zachowuje świeżość dlatego, że czyta się go poprzez ciekawszy kontekst – zrównanie wolności z konsumeryzmem.

Zmęczenie, czy wręcz udręka widoczna na twarzach, nie bierze się przecież z przekonania, że oto ktoś dokonuje czynów patriotycznych. Te postacie pozostałyby takie same, nawet gdybyśmy wszyscy mieszkali w jednej, kochającej się globalnej wiosce. Spod kontroli wymknęli się nie tylko terroryści. Ostatnio w jednym z ogólnopolskich dzienników wyczytałem, że w Szkocji furorę robią smażone na głębokim oleju batony „Mars”. Od przybytku głowa nie boli?

Tekst ukazał się w „Splocie” nr 4

Advertisements
Otagowane:
Posted in: Eseje