Real Foto, czyli o potędze smaku Mikołaja Długosza

Posted on Maj 1, 2009


Średniej urody nogi w obcisłych pończoszkach. Ich właścicielka jest raczej otyła, dlatego pończoszki leżą dość nieforemnie i co nieco z nich wypływa. W innej sytuacji być może dałoby się to ukryć, ale tym razem wszystko uwyraźnił ostry flesz. Mniej więcej takie zdjęcie widnieje na okładce albumu Real Foto, wydanego z końcem czerwca przez krakowski Ha!art. W albumie znajduje się prawie dwieście podobnych fotografii. Ktoś pręży bladą klatkę piersiową, reklamując sterydy. Jakieś pannie widać siniaka na nodze, kiedy pozuje w koszuli nocnej. Ktoś inny reklamuje futro, a żeby nikt go nie rozpoznał, na głowę założył reklamówkę. Jednym słowem, ubaw po pachy.

Są to zdjęcia, które użytkownicy Allegro.pl umieścili na portalu, żeby reklamować swoje aukcje. Stanowią panoramę spontaniczności, zaradności i pomysłowości handlujących w internecie. Mają uwiarygodnić sprzedającego, pokazać stan towaru albo przekonać, że w ogóle istnieje. W nomenklaturze użytkowników Allegro.pl nazywane są real foto (oczywiście przez f, a nie przez ph, a jakże!). Właśnie stąd pochodzi tytuł albumu.

Wyboru zdjęć dokonał Mikołaj Długosz, osoba na co dzień zajmująca się fotografią komercyjną. Najpierw zbiór funkcjonował jako wystawa. Pokazano ją w ramach Poznańskiego Biennale Fotografii w 2007 roku, następnie w krakowskim Bunkrze Sztuki podczas Photomonth 2008. Opublikowany wybór zdjęć jest więc poniekąd katalogiem wystawy. Podobnej kompilacji Długosz dokonał dwa lata wcześniej. Wtedy zainteresowały go polskie pocztówki z lat 70-tych i 80-tych – pokłosie Gierkowskiej „propagandy sukcesu” – które przedstawiały miasta i osiedla kwitnące w naszej wówczas socjalistycznej ojczyźnie. Pocztówki złożyły się na album Pogoda ładna, aż żal wyjeżdżać, który został wydany również przez Ha!art na fali sentymentalnej mody na PRL.

Real Foto ma aspiracje, by mówić o „kulturze, ekonomii, społeczeństwie i estetyce”, tak przynajmniej twierdzi Adam Mazur w tekście załączonym do albumu. Ambicje doprawdy imponujące. Na tej liście brakuje jeszcze polityki, religii i kilku innych dyżurnych tematów, które krytycy mechanicznie dorzucają do zainteresowań artystów.

Jeśli Długosz naprawdę chce wypowiadać się na temat „kultury, ekonomii, społeczeństwa i estetyki”, to jego pomysł zasługuje na równie wiele zainteresowania jak mówienie wspak. Wyobraźmy sobie, że jakiś obcokrajowiec, dajmy na to, Anglik poprosił nas, byśmy powiedzieli mu kilka słów o Polsce. Na co my wręczamy mu plik artykułów z Nie i Naszego Dziennika… W oparciu o tak „miarodajne” źródła wyłoniłby się obraz co najmniej karykaturalny. Równie dziwaczne wyobrażenie mielibyśmy o życiu w Anglii, dysponując wyłącznie The Daily Mirror i artzinami chłopaków od dubstepu.

Fotografie zamieszczone w albumie nie odpowiadają średniej zdjęć, które można zobaczyć na Allegro.pl czy Ebayu. Długosz celowo szukał obrazków skrajnych, absurdalnych i przede wszystkim w „złym guście”. Dlatego zapewnienia Adama Mazura wkładam między bajki (lub raczej między Nie i Nasz Dziennik). Na podstawie tych zdjęć można zbudować tylko groteskowy i przejaskrawiony obraz. Zresztą szkoda, że Mazur nie zdradził, jakie to obserwacje o kulturze, ekonomii, społeczeństwie i estetyce poczynił Długosz. Chętnie posłucham. A nuż się mylę? Może w tym szaleństwie jest metoda?

Pomysł Mikołaja Długosza nie jest świeży. Podobne strategie wydawnicze można długo wyliczać. Do najbardziej znanych należy projekt niemieckiego fotografa Armina Linke A Book on Demand, który znalazł się na 50 biennale weneckim w 2003 roku. W skrócie: Linke udostępnił stronę internetową, na której zarchiwizowane jest kilkanaście tysięcy zdjęć. Użytkownicy mogli wybierać dowolne zdjęcia i zamówić złożony z nich album. Linke postawił na interaktywność i pluralizm gustów. Stworzył projekt życzliwy użytkownikom internetu i otwarty na ich estetyczne preferencje. Zupełnie odwrotnie niż Długosz.

Postawę Długosza doskonale ujął nie kto inny jak właśnie Adam Mazur, który stwierdza, że „dziś zdjęć powstaje tyle, że rolą artysty jest porządkowanie i wybieranie z chaosu, z ogromu obrazów znaczących całości, które nie przytłoczą, lecz sprawią, że wyobraźnia widza zacznie pracować w inny sposób”. Owa konstatacja świadczy, że Mazur i Długosz dość archaicznie wyobrażają sobie funkcję artysty. Jest to bardzo solidna, dobrze zakorzeniona, modernistyczna szkoła myślenia. Niestety za pięćdziesiąt lat dzięki takim poglądom sztuki wizualne będą równie kulturotwórcze jak dzisiaj opera czy balet. Staną się rozrywką dla grupy egzaltowanych cmokierów popijających wino w elitarnym gronie, zachwyconych swoim wyśmienitym gustem i otoczonych sztuką, którą dobrze znają.

Długosz stosuje strategię zawłaszczania, podobną do found footage film czy wykorzystywania gotowej muzyki przez didżejów. Nicolas Bourriaud w książce Postproduction przekonuje, że tego typu praktyki będą coraz silniej kształtowały sztukę. Można by więc pomyśleć, że Mikołaj Długosz trzyma rękę na pulsie i realizuje bardzo współczesne projekty, podobne działań Martina Parra czy wspomnianego Armina Linke.

Adam Mazur ma rację, kiedy stwierdza, że dzisiejsza ikonosfera to chaos. Jednak wykazuje całkowite niezrozumienie współczesnych mediów mówiąc, że należy ją uporządkować. Internet i nowe technologie tak bardzo zdemokratyzowały i jednocześnie zindywidualizowały przestrzeń medialną, że próba wprowadzania jakiegoś „porządku”, wskazywania „znaczących całości” może wzbudzić jedynie pusty śmiech. Każdy użytkownik internetu na własny rachunek wyłania znaczące całości i nie jest mu do tego potrzebny Mikołaj Długosz ani nikt inny. Adam Mazur przywołuje figurę artysty, która funkcjonowała w kontekście tradycyjnych mediów. Zaczęła kuleć, kiedy sztuka postawiła na interaktywność. W momencie gdy media stają się instrumentem wykorzystywanym przez wszystkich, dając „amatorom” takie same uprawnienia i możliwości jak „profesjonalistom”, zabawne jest odwoływanie się do wyobrażenia artysty, który niczym demiurg wprowadzi porządek w chaos doświadczenia.

Jednak nie są to tylko niewinne psoty krytyka i artysty. Bo jeśli Długosz faktycznie próbował „porządkować” ikonosferę, robił to według określonego klucza. Ten klucz nazywa się „smakiem”. Nietrudno zauważyć, że Długosz wybierał z Allegro.pl zdjęcia najdziwaczniejsze i najbardziej „obciachowe”, bawiąc się „złym gustem” ich autorów. Nie wierzę w podziękowania dla autorów tych zdjęć, złożone we wstępie do albumu. Nie wierzę również w zapewnienia Długosza, że w jego opinii stanowią jedyną prawdziwą fotografię. Długosz pokazuje te zdjęcia na takiej samej zasadzie jak w cyrku pokazywano kiedyś kobiety z brodą i gadające psy. Chce powiedzieć: „Patrzcie! One naprawdę istnieją!?” albo „Niewiarygodne. Żeby aż tak źle urządzić mieszkanie?!”. Strategia Długosza różni się od found footage film i muzyki opartej na samplach tym, że wykorzystuje cudze zdjęcia, inne estetyki, inne gusta, żeby je obśmiać. Pokazać kto tak naprawdę rządzi w przestrzeni wizualnej.

Pogarda albo przynajmniej protekcjonalny ton, którym razi Real Foto, dziwi o tyle, że album został wydany przez Ha!art. Wydawnictwo, które w nadal dość zaściankowej Polsce próbuje lansować feminizm, wspiera mniejszości seksualne, ogólnie rzecz ujmując: grupy marginalizowane. W swoim czasie Ha!art wydawał publikacje, w których Jan Sowa i inni namawiali do palenia kościołów. Można by więc przypuszczać, że redakcji Ha!artu blisko do ideałów lewicowych. Niestety okazało się – żeby zacytować klasyka – że „kto walczy z potworami, sam staje się potworem”. Pogarda dla „niskiego”, „niewyszukanego” smaku, którą emanuje Real Foto, każe się zastanawiać, czy redaktorzy Ha!artu z takim zapałem walczą o pluralizm światopoglądów, równouprawnienie kobiet i gejów, że zapomnieli o pluralizmie gustów.

Tekst ukazał się w „Splocie” nr 5

Reklamy
Posted in: Książek