Maski mam zawsze przy sobie. Rozmowa z Ireną Kalicką

Posted on Październik 19, 2011


(…) Pokazania Fototeatrzyku odmówili organizatorzy tegorocznego Fotofestiwalu w Łodzi. Dlaczego?

Nie wiem, jak to określić, najlepszym słowem byłoby chyba „cenzura”. Częścią Fotofestwialu jest Fabryka Fotografii, która funkcjonuje jako przegląd różnych szkół fotograficznych, kilku z Polski i kilku z zagranicy. Wybrana uczelnia „opiekuje” się tą imprezą. W tym roku był to Uniwersytet Artystyczny w Poznaniu, który nie przyjął moich prac do programu. Była to o tyle dziwna sytuacja, że nie zgłosiłam się tam sama, ale mnie i jeszcze jedną osobę wybrała uczelnia. UA w Poznaniu podważył więc jakby decyzję innej uczelni. Zabawne było to, że o ile moja praca wywołała burzę wśród profesorów podczas egzaminów wstępnych, o tyle wszyscy stanęli murem za mną, nie zgadzając się z decyzją UA. Poznańska uczelnia pokrętnie tłumaczyła swoją decyzję, ale nie udało się wyegzekwować pisemne uzasadnienie.

Wspomniałaś o kontraście między Fototeatrzykiem a Twoim dyplomem, zatytułowanym Autoportret negatywny, na czym on polegał?

Do dyplomu robiłam bardzo akademicką, super poprawną rzecz, z porządnym oświetleniem, na porządnym sprzęcie, smutne i poważne prace.

Czyli jakie?

Była to seria moich autoportretów. Fotografowałam się ze świeżo obciętymi łbami zwierząt na mojej głowie.

Trudno nazwać to grzecznymi, akademickim autoportretami. Skąd wzięłaś te łby?

Większość wytargowałam w rzeźni za wódkę. Musiałam pracować z tym na świeżo. Na przykład łeb świni czekał tydzień na zdjęcie, zresztą w zepsutej lodówce, i smród był nie do wytrzymania. (…)

 

Fragment rozmowy. Całość znajduje się w numerze 5 magaznu „Punkt” (http://www.punktmag.pl/punkt-5/)

Reklamy
Otagowane:
Posted in: Rozmowy