Poziom zerowy alienacji, czyli co może sztuka bez konfliktu?

Posted on Listopad 16, 2012


(…)

Pole sztuk wizualnych natomiast zdominowały dziś takie terminy jak udział, aktywność i partycypacja. Namiętność i upór, z jakimi deklamuje się tę mantrę, wzbudzają wręcz rozbawienie. Te słowa neurotycznie powtarzają dzisiaj kuratorzy, krytycy i artyści. Z jednej strony sprawiają wrażenie, jakby chcieli zakląć krnąbrną i niepodatną na ich sugestie rzeczywistość, z drugiej strony jakby próbowali zagłuszyć niepokojącą myśl, że skuteczność sztuki współczesnej – jej wpływ na całokształt życia społecznokulturalnego, możliwości dotarcia do odbiorców i przekonania ich do swoich działań i racji – to fantasmagoria, zlepek życzeń, niespełnionych nadziei oraz postulatów, które wychodząc poza pracownie, okazują się mrzonką. O jakie stawki walczą zatem uczestniczący w tej społecznej grze? W jakich okolicznościach stwierdziliby swoją skuteczność i nasyciwszy się nią, przestaliby wreszcie recytować neurotyczną mantrę?

Jak każdy rytuał nerwicowy, powtarzanie tej partycypacyjnej litanii nosi znamiona nieprzepracowanej traumy – wewnętrznego pęknięcia. W tym wypadku zwie się ono instytucjonalizacją sztuki i – jeśli przyjmiemy na wiarę słowa intelektualistów tak różnej proweniencji jak Hans Georg Gadamer i Jürgen Habermas, ale też całej plejady innych – miało pojawić się w obszarze zachodnioeuropejskiej kultury w XIX wieku. Instytucjonalizacja, związana z procesem autonomizowania się dziedzin sztuki, prawodawstwa, wiedzy i życia codziennego, rozbiła wówczas jej doskonałą jedność. Ten obraz kultury ma w sobie coś z podań o El Dorado – odległej krainy, od zdobycia której dzieli tylko niewielki wysiłek. I chociaż możemy go traktować z taką samą dozą powagi jak podania hiszpańskich awanturników, to pozostaje ważnym punktem orientacyjnym. Został tak dogłębnie zinternalizowany, że stając się elementem wiedzy potocznej, wyobrażeń artystów o nich samych, legitymizuje niekończące się starania, by kulturę scalić. Karmi marzenia, by zasypać przepaść dzielącą sztukę od widzów. By udrożnić kanały dystrybucji, odzyskać utraconą publiczność, a tym samym osiągnąć skuteczność.

Partycypację postrzega się jako klucz, który otworzy wrota do przeszłości i pozwoli ponownie wydeptać ścieżki do mitycznej, utraconej niegdyś skuteczności. Jednak im częściej słyszy się głosy o potrzebie zrealizowania tego projektu – ostatecznego i absolutnego zjednoczenia się z odbiorcą – tym większego nabiera się podejrzenia, że taki finał byłby wielce niepożądany. Że samo powtarzanie wymienionych wcześniej słów-kluczy stanowi warunek możliwości funkcjonowania sztuki współczesnej.

Raz, dwa, (czy naprawdę?) lewa

Rytm partycypacyjnej mantry wyznaczony jest krokiem marszowym. To na demonstracjach, wiecach poparcia i piknikach nowych ruchów społecznych poddaje się w wątpliwość sens demokracji reprezentacyjnej. Oczywiście wraz z dobrodziejstwem inwentarza – negowany jest równocześnie system wymiany kapitalistycznej, który miał ów typ demokracji powołać do życia i ugruntować. Remedium szuka się w demokracji partycypacyjnej. W tym politycznym kontekście nie dziwi, że artyści szukający bezpośredniej interakcji z widzem posługują się często środkami, które zamazują różnicę między sztuką a nie-sztuką, między działaniem politycznym a estetycznym. Podobnie zresztą jak intelektualiści, którzy wspierają ich piórem. Na przykład polemizujący ze sobą Nicolas Bourriaud i Jacques Rancière, jednogłośnie przekonują, że granica między sztuką a polityką nikogo już nie interesuje lub właściwie nigdy jej nie było.

Deklarując zgodę na to, by stać się rzeczywistym elementem gry sił społecznych i zrezygnować z instytucjonalnej autonomii, artyści wołają: „Powróćmy do źródeł!”. Sugerują, że skuteczność odnajdą, gdy zwrócą się nie do społeczeństwa en masse, lecz do małych, lokalnych wspólnot. Chcą z nimi „uskuteczniać” modele życia społecznego alternatywne wobec strategii proponowanych przez globalne siły kapitału. Ewokują w ten sposób figury życia wspólnotowego obecne tak samo u klasyków anarchizmu, jak w tekstach etnografów i antropologów kultury. Partycypacja miała być przecież naturalnie dana we wspólnotach przedprzemysłowych: gdzie nikt nie pozostawał na uboczu, a życie przypominało taniec wykonywany zgodnie w takt przedwiecznie ustanowionych zasad.

Ów wątek poziomu zerowego alienacji, jest tutaj istotny. Napędza ruch w kierunku restytuowania – na miarę społeczeństw postindustrialnych – wspólnoty, która uwzględnia głos wszystkich swoich członków i w której ponadto wszelka wymiana daje zawsze równoważność, nie pozwalając akumulować – ekonomicznego, kulturowego, politycznego bądź dowolnego innego – kapitału jednostkom uprzywilejowanym. Owa idea, będąc kamieniem węgielnym strategii partycypacyjnych we wszelkich wydaniach, jednocześnie ujawnia ich słaby punkt. Niezależnie od tego, czy wyobrażenie o takich typach wspólnot jest tylko legendą zachodniej myśli politycznej i antropologii, czy faktycznie uobecniało się w społecznościach przedprzemysłowych, utrudnia ono myślenie w kategoriach społecznej agonistyki.

Fragment. Całość ukazała się w katalogu 4. festiwalu Artboom.

Advertisements