Kowboj, czyli pasterz

Posted on Grudzień 17, 2012


Z perspektywy bibliotek i uniwersyteckich czytelń podróże wydają się co najmniej zbędne. Pod płaszczykiem poznania lub współpracy, z niezwykłą historyczną regularnością niosły ze sobą przemoc, podstęp i kolonizację. Oprócz tych ewidentnie negatywnych konsekwencji są zbędne z innego powodu. Turystyczne topografie istnieją tak samo w realnych przestrzeniach geograficznych, jak w ikonosferze czy szeroko rozumianej kulturze wizualnej i w przestrzeni wyobraźni. Są miejscami, które w pewien sposób znamy, zanim je zobaczymy. W tym sensie okazuje się, już wcześniej byliśmy w każdym miejscu, do którego jedziemy.

Dlatego podróże nie tyle kształcą, co raczej kształtują. Niezależnie od tego, czy na nowe terytoria patrzy nomada, zagubiony podróżny czy kolonizator, żadne z tych spojrzeń nie jest neutralne. Najbardziej niewinne spojrzenie poprzestaje na skadrowaniu przestrzeni w ramach zinternalizowanych klisz wizualnych – dostrzeżeniu w krajobrazie elementów zbieżnych z tradycją sugerowaną przez przyswojoną wcześniej ikonosferę. Najbardziej żarłoczne taksuje roślinność, glebę i jej minerały pod kątem potencjalnych zysków –  zmian, które trzeba zaprowadzić i technologii, którą trzeba wdrożyć. W myśl przekonania, by czynić sobie Ziemię (często cudzą ziemię) poddaną.

Krater Meke Gölü w Turcji, Cabo de Gata w Hiszpanii, Ostrog na Urainie to tylko kilka lokalizacji, w których Michał Smandek dokonywał swoich interwencji. Podróżuje od kilku lat, sycąc się klimatem pustynnych obszarów USA, odludnych rejonów Turcji i przestrzeniami Europy, do których zaglądają tylko Cyganie albo travellersi. By znaleźć dogodne miejsce dla swoich działań, wcześniej przygląda się tym terenom w atlasach geograficznych, ogląda fotografie, bada lokalne uwarunkowania geologiczne. Rzeczywistość często weryfikuje wcześniejsze wyobrażenia i powstałe prace różnią się znacznie od zamierzonych. Jednak, jak sam mówi, jeśli nie zrobi czegoś w miejscu, do którego przyjechał, nie będzie ono jego.

Wyglądałoby więc na to, że mamy do czynienia z kowbojem. Uosobieniem figury białego, europejskiego mężczyzny, który czyni sobie poddanym wszystko, co  napotka na drodze. Kolonizatorem, który – na skalę możliwości – przywłaszcza sobie teren. Smandek twierdzi zresztą, że „każda materia i każda przestrzeń nadaje się do rzeźby, ale wszystko zależy od metody kreacji, idei i formy jaką wybieramy”. Choć interwencji dokonuje przy użyciu środków tyleż subtelnych, co humorystycznych, to minimalistyczny chłód, który emanuje z przestrzeni eksplorowanych przez Smandka, tylko potęguje siłę jego gestu.

Podbijanie terytorium, nawet przy użyciu wyspecjalizowanych technologii, nie dzieje się jednak samo z siebie. Zawłaszczające spojrzenie kolonisty musi tam zostać przyniesione na jego nogach, a nawet najbardziej wyspecjalizowane narzędzia potrzebują pleców, na których zostaną przytransportowane, i rąk, które będą je obsługiwały. Przyroda nie oddaje przecież niczego za darmo, dlatego koloniści i eksploratorzy muszą sporo się napocić. W tym zdobywaniu, mierzeniu się i porządkowaniu terytorium, rodzi się dziwaczny związek. Tak bliski, jak blisko człowieka może być piach, który wdziera się wszędzie podczas wędrówki przez pustynię, i tak głęboki, jak głęboko w płucach górników osadza się pył węglowy. Może dlatego rolnicy kochają ziemię, a ich skóra – z wysiłku wkładanego w uprawę – staje się „ziemista”.

Patrząc na prace Smandka tworzone daleko o turystycznej marszruty, we własnym mieszkaniu w Świętochłowicach lub w sterylnych przestrzeniach galerii, dostrzegamy przede wszystkim pieczołowitość lub wręcz troskę, z jaką Smandek traktuje każdą odrobinę materiału, każdy pył, każdy bąbel powietrza pojawiający się w jego pracach. Szanuje tworzywo, jego wewnętrzną strukturę i energię, pozwala ujawniać się w pełni jego właściwościom. Pozwala rozlewać się i zasychać maziom i substancjom, w formie które same przybrały. Najprostsze składniki rzeczywistości i nieorganiczna materia pod jego okiem rozwijają się i dumnie puszą w swojej naturalności.

Pamiętamy Heideggerowską krytykę cywilizacji technicznej i wezwanie, by „pasterzować byciu”. Owo sformułowanie rzecz jasna brzmi dzisiaj zanadto patetycznie i, co więcej, wielokrotnie było przeżuwane przez ekologów, hippisów oraz mniej lub bardziej szalonych „obrońców przyrody”. Jednak interesujące jest dlatego, że pozwala uchwycić ambiwalencję, o której wspomniałem wyżej. Gdyż grając przed nami kowboja-macho, eksploratora, który podporządkowuje sobie dziewiczy (a jakże!) teren, tuż potem Smandek przypomina, że kowboj jest w istocie rzeczy pastuchem, który troskliwie dogląda swoich kóz, owiec i krów, żeby mogły najeść się do syta.

Wyraziste konkluzje są pokusą umysłów jałowych i prostych. Dlatego (choć przeczuwamy, że agresywne wymachiwanie lassem jest po to, by stado było bezpieczne) nie wyjaśniajmy ambiwalencji w pracach Michała Smandka. Pielęgnujmy to wrażenie i nie szukajmy klucza do skrytki, w której znajduje się rozwiązanie zagadki. Pozwólmy tym dwóm biegunom oddziaływać na siebie i generować magnetyzm. Dajmy im roztaczać urok, który rodzi się z napięcia między kolonizatorską potrzebą, by podporządkować sobie tak wiele, jak tylko możliwe, by przyrodę zbadać, oswoić i nadać jej pożądany kształt, a postawą czułego opiekuna, który z fascynacją przygląda się, jak rzeczy dzieją się niejako same przez się, i z obserwacji tych nieskrępowanych niczym ruchów czerpie największą radość.

Tekst ukazał się w katalogu towarzyszącemu cyklowi wystawa „Drobnostki”, opublikowanym przez BWA Katowice.

Reklamy