Kto pierwszy, ten lepszy, czyli autor jako uciekinier w dobie społeczeństwa cyfrowego

Posted on Lipiec 12, 2013


Od dwóch tysięcy lat wiemy, że na początku było słowo. Trudno natomiast oszacować, kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że słowo nie było od Boga, i kiedy spostrzeżono, że słowo staje się ciałem w wyniku ludzkich, wręcz arcyludzkich zabiegów. Stawanie się słowa ciałem jest procesem przejawiającym prawidłowości i przybiera strukturę dającą się opisać. Jednak ład, który roztacza słowo, kieruje się nieco inną logiką, niż życzyłby sobie Jan Ewangelista. Słowo wypada z grzesznych ust. Mówią one interesownie, realizują nie zawsze wyrażone explicite ambicje, jednych dezawuując, a innym dając glejt wiarygodności.

(…)

Zdecentralizowana sieć komputerowa – która wchłania wszystkie dziedziny życia, stając się tak samo jego modelem, jak jego praktyką, i która przede wszystkim czyni możliwość zawłaszczania treści tak prostą, jak nie było to nigdy wcześniej – faktycznie oddaje stan umysłu objętego obłędem. Jest to obszar na tyle absurdalny, że mogą sobie tam podać rękę tak samo liberał jak i alterglobalista. Niezależnie od tego, czy nazywają tę przestrzeń wolnym rynkiem idei czy rezerwuarem dóbr kulturowych dostępnych tak samo wszystkim, usuwają autora w cień. Zarzut, który przeciwnicy ACTA stawiają systemowi domów wydawniczych, korporacji producenckich, sieciom dystrybucji dóbr kultury: zarzut zawłaszczania treści przy pomocy kapitału, którym te instytucje dysponują, zostaje przekuty w postulat absolutnego otwarcia i powszechnego dostępu do własności intelektualnej. W gruncie rzeczy prowadzi jednak do wojny wszystkich ze wszystkimi. Wydając prawo autora do dysponowania stworzonymi przez niego treściami na pastwę wszystkich mających na to ochotę, projektuje się sytuację, w której autor może być wyzbyty własności dokładnie tak samo, jak pozbawiany jest kontroli nad swoją własnością – przynajmniej w odczuci przeciwników ACTA – przez wydawców, producentów i dystrybutorów. Przestrzeni naznaczonej absurdem i nierozumem nie kształtuje reguła zapisanego słowa, lecz brutalna siła.

(…)

            Kto zatem przetrwa w tej przestrzeni? Jakimi metodami będzie się posługiwał? Jakim słownictwem będzie można opisać jego funkcję? Językiem kulturowej inercji? Bełkotem szumu medialnego? Czy będzie to język kodeksów prawnych, gdy prawo autorskie okazuje się tylko cieniem figury spreparowanej przez podejrzany dyskurs indywidualizmu. Gdzie autor będzie szukał swojej legitymacji? Innymi słowy, wedle jakich kryteriów można odróżnić twórcę od nie-twórcy w przestrzeni, która stopniowo i skrupulatnie rozkłada na czynniki pierwsze autorstwo, pokazując, że była to jedynie nieudana metafora? Znając kolejne etapy rozwoju tej figury – najpierw dzieła jako emanacji autora, następnie dzieła jako pochodnego, ale niezależnego od autora obiektu interpretacji, i wreszcie dzieła jako zlepku wątków kulturowych zaledwie zopercjonalizowanych przez autora – można zapytać również, jaki będzie kolejny etap tej układanki. Lub jeszcze jaskrawiej: czy istnieje jej kolejny etap? Jak bardzo pojęcie autora mogą jeszcze rozwodnić tak samo teoria, jak praktyka kulturowa podyktowana logiką rozwoju technologii?

            Odpowiedzieć na te pytania, jak się wydaje, można tylko przy pomocy innego: czyżby stawką było dzisiaj ustalenie nie tyle, kto jest autorem, lecz raczej samo wskazanie metody, dzięki której moglibyśmy odróżnić twórczość od nietwórczości? Ale jak jest to możliwe w epoce, która uzmysłowiła sobie, że prawdziwe są dwa sprzeczne zdania: „twórcą jest każdy” i „nikt nie jest twórcą”? Jeśli na początku jest słowo, to powstaje też pytanie, kto będzie miał ostatnie słowo i czyje słowo stanie się ciałem? I jakie będzie ciało rozczłonkowane na miliony kończyn, z których każda będzie chciał ukryć się w gąszczu innych?

Fragment tekstu opublikowanego w katalogu wystawy Rękawiczki Jeffa Koonsa (CSW Kronika, 12 maja – 16 czerwca 2012, Bytom, kuratorka: Agnieszka Kilian)

Reklamy
Posted in: Eseje