Trzy cytaty i kilka uwag o tym, jak można przegrać lub wygrać, i dlaczego nie da się zremisować

Posted on Marzec 13, 2015


Mecz można wygrać, przegrać albo zremisować

Kazimierz Górski

 

Niezapomniany trener reprezentacji Polski w piłce nożnej znany był ze specyficznego poczucia humoru. Jego tautologiczne bon moty, taki jak zacytowany powyżej, lub na przykład stwierdzenie, że „piłka jest okrągła, a bramki są dwie, albo my wygramy, albo oni” powtarza się do dzisiaj. Rozbawienie wzbudzają swoim sentencyjnym tonem. Jakby wypowiadało się cytaty z jakiegoś, dajmy na to, Montaigne’a, Pascala czy innego Schopenhauera. Ta przyjęta przez Górskiego stylistyka, by oczywistościom na temat piłki nożnej nadawać rangę filozoficznych maksym, była ironicznym prztyczkiem w nos dla taktyków, strategów, komentatorów, dziennikarzy sportowych i wszystkich, którzy o sporcie lubią mówić zbyt dużo. Górski chciał zasugerować, że nie ma sensu o sporcie za wiele gadać, że reguły gry są proste, a poza nimi istnieje tylko rywalizacja, umiejętności i łut szczęścia.

Bo każda gra wiąże się z podjęciem ryzyka i z możliwością poniesienia klęski. O ile nie jesteśmy absolutnymi nihilistami w stylu Becketta, którego ekscytowała „wierność przegranej” i „przegrywanie lepiej”, to przystępując do gry zawsze chcemy wygrać. Język polski i angielski bardzo dobrze to zresztą oddają, rozróżniając „grę” [game] od „zabawy” [play]. Dla Niemca czy Francuza, którzy jednym słowem określają oba te zjawiska (odpowiednio: das Spiel i le jeu), aspekt wygranej w grze nie wybrzmiewa tak znacząco jak dla Polaka i Anglika, dla których sprawa jest jasna. Zabawa to wspólne działanie, w którym wszyscy uczestnicy są równi, chcą osiągnąć ten sam cel. Podejmują ku temu zbiorowy wysiłek, ponad rywalizację przedkładając współpracę. Tymczasem choć gra może być zabawą, to gra się – powtórzmy – żeby wygrać. Gra zakłada konflikt, różnicę interesów i konieczność wyeliminowania przeciwnika. Gdy zabawa niesie potencjał inkluzywny, to gra jest zawsze wykluczająca.

 

Ja nie gram, ja nie przegram, bo nie mam żadnej ambicji

Brygada Kryzys

 

Podobnie więc jak można mówić o „zgniłym kompromisie” w polityce, tak samo remis dla grającego oznacza po prostu porażkę – zakładany cel, wygrana, nie został osiągnięty. Jednym ze sposobów uniknięcia klęski lub remisu jest zupełne zrezygnowanie z gry i oddanie się wyłącznie zabawie. Nie ma znaczenia czy mówimy tu o odejściu od gry sportowej, czy jakiejś większej, dłużej trwającej gry, na przykład gry społecznej. W obu wypadkach znika ryzyko porażki, a pozostaje oczekiwanie na przyjemność i harmonijne współuczestnictwo w zabawie z innymi. Zamiast grać o jak najlepszą pozycję w stratyfikacji społecznej, co siłą rzeczy oznacza wykluczenie innych, uczestnik zabawy liczy na wykonanie wspólnego tańca, w którym wszystkie podmioty są równe. W upojeniu zabawą łatwo jednak można zapomnieć, że ma ona również reguły i często jej uczestnicy odgrywają przewidziane z góry role. W przeciwieństwie do dynamicznego świata w grze, świat w zabawie ma więc z jednej strony tendencję do petryfikowania ról i pozycji społecznych, z drugiej strony może zmierzać do nadania wszystkim uczestnikom zabawy równego statusu.

Przypomnijmy, że gry społeczne z ryzykiem przegranej krytykowali w historii różnej maści reformatorzy, utopiści lub wizjonerzy nowych zasad porządku społecznego. Światem gry bez ryzyka i przegranej, a zatem światem zabawy, byłby na przykład świat Marksowskiego społeczeństwa bezklasowego – społeczeństwa, które wyłoni się, gdy klasa robotnicza najpierw podejmie grę i ryzyko, by zmienić niesprawiedliwy podział ról społecznych i przewrócić stolik do gry. Gdy się to już uda, wówczas przejdzie do zabawy polegającej na pozbawionym antagonizmu klasowego współżyciu wszystkich podmiotów. Nastanie świat równości społecznej, w którym nie będzie można wygrać i nie będzie też można przegrać – nie będzie gdzie się wspinać, nie będzie gdzie spaść. Interesująca w tej perspektywie byłaby pozycja sztuki i funkcjonowanie artysty w polu kulturowym.

 

Bo cała rap-gra chce, żebym nic nie nagrał

Masakra, mam pentagram od diabła

TeDe (Jacek Graniecki)

 

Kiedy przyjrzymy się gotowości artystów, by oddać się zabawie: stworzyć pole kulturowe, które polegać będzie na harmonijnym i partnerskim uczestnictwie wszystkich podmiotów, nawet gołym okiem można dostrzec, że zabawa ich nie interesuje. Zdecydowanie bardziej wolą grę. Być może nie jest to nawet kwestia chęci, ale (infra)struktury pola, w którym funkcjonują. Galerie i muzea jak dotąd nie znalazły patentu, żeby pokazać wszystkich artystów, którzy by sobie tego życzyli. Dokonują więc ciągłej selekcji, hierarchizując siłą rzeczy twórców na lepszych i na gorszych, godnych prezentowania w instytucji i tych, którzy na taki przywilej nie zasłużyli. Polu sztuki daleko więc od znanej myśli z Czechowa, który pisał w Mewie: „Ale przecież dla wszystkich starczy miejsca, i dla nowych i dla starych – po co się rozpychać?”. Artysta musi się rozpychać, bo inaczej sam zostanie zepchnięty. Mało który z nich ma odwagę powiedzieć, że kolega to tak naprawdę konkurent, że miejsca może zabraknąć dla wszystkich i „być” jednego, zależy od „nie być” innego.

Społeczna agonistyka i rywalizacja – podejmowanie ryzyka gry – w sztuce obecna jest jak nigdzie indziej. Jednak niewiele się o niech mówi. Inaczej niż na przykład w kulturze hiphopowej, której konflikt stanowi esencję i motor napędowy. Jego paliwem wolnego lotu są beef i diss, otwarte wyzywanie na pojedynek innych, żeby przekonać się, kto będzie lepszy. W sztukach wizualnych podobne gesty pojawiają się niezwykle rzadko. Spośród najbardziej znanych można wymienić gest Roberta Rauschenberga, wymazującego rysunek Willema de Kooniga, a w Polsce Wiesław Borowskiego, nazywającego w latach 70. większość współczesnych mu polskich twórców pseudoawangardą.

W świecie sztuki, który jest w grze, nie ma remisu. Nie ma więc też zabawy. Jest tylko generowana przez strukturę tego pola konieczność wygranej. Komu więc wymierza kuksańce Łukasz Prus-Niewiadomski, gdy pokonuje wirtualne postacie lub przeszkody w prezentowanych na wystawie w Toruniu wideo? Z pewnością prowadzi grę z samym sobą, grę z maszyna i grę z widzem. Ale trudno nie zauważyć, że zawsze zwyciężając, wysyła też komunikat do kolegów po fachu. Powtarzane w loopie ujęcia, jak Syzyfowa praca, kompulsywnie nadają w świat komunikat, że inaczej niż u Becketta, chodzi przede wszystkim o wierność wygranej. Przynajmniej do czasu, gdy świat jest w grze.

 

Tekst ukazał się w katalogu wystawy Łukasza Prusa-Niewiadomskiego „Świat jest w grze”, Galeria Wozownia, Toruń, 13.03-12.04.2015

Advertisements