Księdzu świeczkę, a „plastykom” ogarek. Kilka słów o prowincjonalnych galeriach

Posted on Grudzień 23, 2015


(…) Wyobraźmy sobie naszą reakcję, gdyby polski rząd dzisiaj kazał nam zamieszkać w Brandenburgii lub na Morawach, skąd wysiedlono autochtoniczną ludność, i wmawiał nam, że to Ziemie Odzyskane. Mniej więcej z takim poziomem społecznego niedowierzania musieli wtedy zetknąć się propagandziści i biurokraci odpowiedzialni za politykę kulturalną. To, że dzisiaj nie mamy takich wątpliwości, jest również propagandowym majstersztykiem ówczesnych władz. Nie wahały się one wykorzystać nawet obchodów tysiąclecia chrztu Polski, żeby podkreślać analogie mapy państwa Mieszka I z tą uzyskaną po 1945 roku – ta pierwsza nie tylko legitymizowała władztwo nad nowymi obszarami, ale też miała ułatwić pogodzenie się z utratą Wilna czy Lwowa. Nie przez przypadek jedne z ciekawszych inicjatyw w sztukach wizualnych lat 60. i 70. pojawiły się właśnie w Zielonej Górze, gdzie organizowano Złote Grono, i w Elblągu, gdzie pojawiło się Biennale Form Przestrzennych. Zresztą z tych samych powodów peerelowska telewizja namiętnie transmitowała z Kołobrzegu Festiwal Piosenki Żołnierskiej i istniejący do dziś festiwal muzyczny w „poniemieckim” Opolu.
Kolejnym istotnym powodem wprowadzania tej quasi-planistycznej gospodarki w obszarze kultury było zróżnicowanie kraju pod względem rozwoju gospodarczego i infrastruktury kulturalnej. Podobnie jak kolejne plany – sześcioletni i pięcioletnie – miały doprowadzić do przemysłowego i ekonomicznego ujednolicenia i zespolenia państwa, tak w różnych jego regionach centralnie sterowana sieć wystaw artystycznych miała wyrównywać dostęp do kultury. W ten sposób powstawała przez parę dekad sieć wystawiennicza, która była hybrydowym połączeniem centralnego sterowania i afirmacji lokalności.

 

Fragment. Całość ukazała się w magazynie „Obieg” (http://obieg.pl/prezentacje/37081)

Reklamy
Posted in: Eseje